- Uważaj na siebie, ci goście nigdy nie grają fair. – z zamyślenia wyrwała mnie niezwykle piękna brunetka o brązowych oczach.
- Jasne, dzięki za ostrzeżenie. – odpowiedziałem machinalnie wciąż tkwiąc w dziwnym letargu.
Dziewczyna uśmiechnęła się lekko i odeszła, by zająć swoją pozycje. Tak, jest jedną z tych, które dbają o prawidłowy start biorących udział w wyścigu. Jej delikatny głos wciąż brzmiał mi w głowie, pierwszy raz zobaczyłem tak... cholera, chłopie, weź się w garść! Zaciskam dłonie na kierownicy, serce pracuje szybciej niż tłoki w silniku mojej gabloty. Ręce pięknej nieznajomej wznoszą się w górę, sekundy do startu. 3... 2... 1...
Siedem lat temu...
Przedmieścia Matamoros (Meksyk), 24 lipca 1998 r.
Poniedziałek, godz. 14:20- Victor! Zawołaj ojca i chodźcie na obiad. Te słowa padające z ust matki każdego dnia to chyba jedyny "sygnał" jaki jest w stanie oderwać tatę od pracy w warsztacie. Trudno mu się dziwić, moja rodzina nie jest zbyt zamożna, a jedynym źródłem utrzymania stał się słabo prosperujący zakład. Pochodzimy z tej biedniejszej części meksykańskiego miasta zwanego Matamoros, liczącego trochę ponad czterysta tysięcy mieszkańców. Ukończyłem tylko podstawówkę, bo rodzice uznali, że dalsza edukacja to strata pieniędzy, a bardziej przydam się na miejscu. Jestem osiemnastolatkiem, czytać i pisać już umiem, jakoś sobie poradzę. Z drugiej strony nasz dość lichy biznes już od dwóch pokoleń przechodzi z ojca na syna, więc muszę pokazać, że jestem wart rodzinnej spuścizny. Tak czy inaczej planuję tu pozostać. Kocham ten kraj, mimo że chlebem powszednim są kartele narkotykowe, zamieszani w nie policjanci oraz wszechobecne gangi. Nigdy nie ładowaliśmy się w kłopoty, bo na co to komu? Siedzimy cicho, wykonując swoje codzienne obowiązki.
(http://i.imgur.com/l4DQcUg.png)
Do naszego garażu nie trafiają pojazdy luksusowe. Są to raczej zwyczajne graty, które po naprawie mają spełniać swój podstawowy cel - jeździć. Brak specjalistycznych narzędzi często daje się nam we znaki, ale to właśnie dzięki temu poznaję samochody od podszewki. Wiele prac wykonujemy kilka razy dłużej, niż zrobiłby to wyspecjalizowany warsztat, co przyczynia się do dość małych obrotów. Posiadamy jednak coś, czego często brakuje fachowcom, czyli wielkie zamiłowanie przechodzące wręcz w uwielbienie jakim darzymy te stalowe pompy paliwa. Nigdy nie odbieramy skarg, a klienci pojawiają się ponownie, gdy kolejny raz ich maszyna nie wytrzymuje trudów meksykańskich dróg. Pracy zawsze jest wiele, toteż nie mam za dużo czasu na spotkania z przyjaciółmi. Raz w miesiącu widuje się z Luisem, kolegą ze szkolnej ławy. Z rosnącego w pobliżu boisk treningowych lokalnej drużyny drzewa przyglądamy się jak ćwiczą zawodowcy, a potem wspólnie zajadamy się taco. Mój przyjaciel kocha piłkę nożną w równym stopniu co ja samochody, więc czasem daję się namówić na wspólne oglądanie transmisji meczu największych europejskich potęg. W rewanżu pokazuję mu nad czym aktualnie pracujemy z tatą. Przytakuje, uśmiecha się, ale chyba nigdy nie zrozumie, że coś takiego może stać się pasją równą jego obsesji na punkcie futbolu.
Po krótkiej toalecie w postaci miednicy pełnej orzeźwiająco chłodnej wody wróciłem z tatą do domu na posiłek. Jak większość mieszkańców naszego kraju obiad rozpoczynamy modlitwą. Mój ojciec od zawsze powtarzał, że wiara to jedna z najważniejszych życiowych wartości. Na ścianie obok dużego zegara wisi wizerunek Matki Bożej z Guadalupe, która ma otaczać nasz dom opieką. Zasiedliśmy przy stole, a przed naszymi nosami wylądowała gordita. Mama jest mistrzynią w tym fachu, kuchnia meksykańska nie ma przed nią żadnych tajemnic. Trudno się dziwić, wiele przepisów objętych wręcz ścisłą tajemnicą przekazywanych jest między kobietami w naszej rodzinie. Właśnie miałem pytać o dokładkę kiedy dostrzegłem coś niepokojącego. Na podwórko wjechały dwa pick-upy pełne uzbrojonych mężczyzn. Szturchnąłem ojca, który zamarł w bezruchu gdy zobaczył co się dzieje.
- Wszyscy na strych, ja z nimi porozmawiam. – wykrztusił z siebie, a jego twarz momentalnie stała się biała jak ściana.
Nie czekaliśmy, bo doskonale wiedzieliśmy co to oznacza. Wziąłem na ręce moją czteroletnią siostrę Isabel i razem z matką popędziliśmy na górę. Po wejściu na poddasze zaryglowałem właz i usadowiłem się przy dość sporych rozmiarów szparze, dzięki czemu miałem dobry widok na podwórze. Takie "wizyty" nigdy nie kończyły się dobrze, a ich brzemię brała na siebie głowa rodziny. Po twarzy matki płynęły łzy, bo nie mogliśmy przewidzieć, czy ojciec wróci do nas żywy. Nasłuchiwałem, czego chcą od nas ci ludzie.
- Witam panie Hernandez! – donośnym głosem rozpoczął rosły mężczyzna ze szramą na prawym policzku.
- Daruj sobie Marcos, nie jestem ci nic winny. – ojciec sprawiał wrażenie, jakby doskonale znał przybyszów.
- Ooooj, nie tak ostro, przyjacielu. Wiele się zmieniło od tamtego czasu. Widzisz, w końcu masz szanse odwdzięczyć się swoim starym druhom.- Obiecałeś zostawić mnie i moją rodzinę w spokoju. Ja dotrzymałem swojej umowy, więc czego ode mnie chcesz?- Nie byłeś przygotowany na "drobny druczek"? Cóż, zdarza się, ale czas spłaty zawsze nadchodzi. - nieznajomy roześmiał się, a po chwili zawtórowała mu jego banda.
- Nieładnie! Czyżbyś chciał odrzucić prośbę o pomoc od przyjaciół, dzięki którym jeszcze żyjesz i prowadzisz swój marny interes?- Sfora psów zasługuje na większy szacunek niż wy. - po tych słowach rozmawiający z ojcem lider wymierzył mu prawego sierpowego. Matka załkała, ale zatkałem jej usta, by nie zdradziła naszej pozycji.
- Nie tym tonem, patałachu. Widzisz, ja i moi chłopcy mamy pewne... argumenty. - bandyta zakręcił bębnem rewolweru.
- Nasze samochody potrzebują gruntownego przeglądu, czeka je długa droga do klientów. Oczywiście zrobisz to nieodpłatnie, a paliwo na calutką trasę zafundujesz z własnej kieszeni, prawda? - ojciec milczał.
- No, myślę, że się zrozumieliśmy. Zjawię się tu ponownie za kilka dni, więc następnym razem bądź lepiej przygotowany. Jak to się tam u was w rodzince mawia... z Panem Bogiem?(http://i.imgur.com/tCHGNlH.png)
Człowiek nazwany przez ojca Marcosem splunął na jego zakrwawioną twarz i wsiadł do samochodu. Po chwili oba pojazdy oddaliły się zostawiając za sobą kłęby piasku. Nic nie rozumiem, czyżby mój własny tata był zamieszany w sprawy narkotykowego kartelu? Przerażona Isabel patrzyła na mnie swoimi ogromnymi, niebieskimi oczami. Zabrakło mi sił, osunąłem się na podłogę i rozpłakałem jak dziecko.